Dziś postanowiliśmy wyruszyć na eksplorację Wyspy Puckiej. To taka wieś w środku miasta. A może wieś w środku trochę większej wsi. Nieważne. W każdym razie znajduje się ona przy samym centrum Szczecina i żyje swoim życiem – są tam pola uprawne, ludzie hodują zwierzęta – krowy, konie. Nie obyło się bez skrajności – po chwili zwiedzanie przerodziło się w ciężką przeprawę przez bagna. W tak ciężkim terenie nie miałem jeszcze okazji jeździć. Co lepsze, myślę że chopper Petera również
Z początku podchodziliśmy z obawą do ogromnych kałuż (ba, niektóre przypominały jeziora
), ale po przejechaniu pierwszych dwóch, w butach było już wystarczająco mokro aby przestać przejmować się tym ile jeszcze wody do nich wpłynie. Postanowiłem więc organoleptycznie zbadać głębokość jednej z nich. Poziom wody – po kolana. Chwila zwątpienia. My nie damy rady? Kolejna za nami. Do głowy przyszedł pomysł, żeby te wyczyny uwiecznić. I co dalej? Oczywiście gleba na wizji
Dałem się pokonać kłodzie, która leżała pod wodą, pod niedużym kątem do drogi. Chyba nie było opcji żeby przez to przejechać – przednie koło wycięło mi w prawo, więc poległem razem z motocyklem na lewą stronę. Standardowo – pierwsza obawa po podniesieniu siebie i motocykla, to obawa o sprzęt. Całe szczęście obyło się bez strat, a nawet z pewnym pozytywem – to doświadczenie być może pozwoli uniknąć w przyszłości tego typu wpadek. Nie bez wpływu na całą akcję była determinacja Petera i dzielność jego maszyny. Dotarliśmy w pewnym momencie do przeszkody nie do przeskoczenia. Powalone drzewo nakazało nam zwrot o 180 stopni i powrót tą samą drogą do punktu wyjścia. Tym razem obyło się już bez niespodzianek. Wniosek jest prosty – do rzeczy, bez których nie można ruszać się na ‘niedzielne przejażdżki’ z ekipą, dodać należy piłę. A na liście znajdują się już namiot, śpiwór, gazety (do rozpalania ogniska). Poniżej filmiki z moją glebą i przejazdem Petera. Wyglądają jak wyglądają, bo zastał nas zmrok.
EDIT: Straty są. Pękł jeden z plastików.

































