Przeprawówka

Dziś postanowiliśmy wyruszyć na eksplorację Wyspy Puckiej. To taka wieś w środku miasta. A może wieś w środku trochę większej wsi. Nieważne. W każdym razie znajduje się ona przy samym centrum Szczecina i żyje swoim życiem – są tam pola uprawne, ludzie hodują zwierzęta – krowy, konie. Nie obyło się bez skrajności – po chwili zwiedzanie przerodziło się w ciężką przeprawę przez bagna. W tak ciężkim terenie nie miałem jeszcze okazji jeździć. Co lepsze, myślę że chopper Petera również :) Z początku podchodziliśmy z obawą do ogromnych kałuż (ba, niektóre przypominały jeziora :) ), ale po przejechaniu pierwszych dwóch, w butach było już wystarczająco mokro aby przestać przejmować się tym ile jeszcze wody do nich wpłynie. Postanowiłem więc organoleptycznie zbadać głębokość jednej z nich. Poziom wody – po kolana. Chwila zwątpienia. My nie damy rady? Kolejna za nami. Do głowy przyszedł pomysł, żeby te wyczyny uwiecznić. I co dalej? Oczywiście gleba na wizji :) Dałem się pokonać kłodzie, która leżała pod wodą, pod niedużym kątem do drogi. Chyba nie było opcji żeby przez to przejechać – przednie koło wycięło mi w prawo, więc poległem razem z motocyklem na lewą stronę. Standardowo – pierwsza obawa po podniesieniu siebie i motocykla, to obawa o sprzęt. Całe szczęście obyło się bez strat, a nawet z pewnym pozytywem – to doświadczenie być może pozwoli uniknąć w przyszłości tego typu wpadek. Nie bez wpływu na całą akcję była determinacja Petera i dzielność jego maszyny. Dotarliśmy w pewnym momencie do przeszkody nie do przeskoczenia. Powalone drzewo nakazało nam zwrot o 180 stopni i powrót tą samą drogą do punktu wyjścia. Tym razem obyło się już bez niespodzianek. Wniosek jest prosty – do rzeczy, bez których nie można ruszać się na ‘niedzielne przejażdżki’ z ekipą, dodać należy piłę. A na liście znajdują się już namiot, śpiwór, gazety (do rozpalania ogniska). Poniżej filmiki z moją glebą i przejazdem Petera. Wyglądają jak wyglądają, bo zastał nas zmrok.

EDIT: Straty są. Pękł jeden z plastików.

Kawasaki

Postanowiłem zabrać się za gruza – Kawasaki KZ440 – leżącego już od jakiegoś czasu w mojej piwnicy, czekającego na swoją kolej. Nie wiem z którego dokładnie jest roku, jeszcze tego nie zweryfikowałem. Model ten był produkowany w latach 1980-1983. Jego kolej nadeszła. Plan na tą chwilę jest taki, żeby go ożywić i startować nim w wyścigach motocykli zabytkowych. Kiedy stałem się jego posiadaczem, wymieniłem uszkodzoną cewkę zapłonową na cewkę z małego Fiata, ustawiłem zapłon, zalałem silnik olejem i sprzęt zagadał. Poniżej filmik:

Skoro się odezwał, to warto zacząć poświęcać mu czas. Okazało się, że z jednego z gaźników wydmuchana została kiedyś blaszka i wraz z kawałkami pękniętej sprężynki wpadła do silnika. Wezwałem na pomoc kumpla – Smelkę i zaczęliśmy rozbierać silnik, żeby ocenić straty przez nią wyrządzone. Podczas rozbiórki, do bloku silnika wpadła nam podkładka spod jednej ze śrub, ale udało nam się uratować sytuację bez konieczności rozpoławiania silnika. Ocena stanu silnika wypadła pozytywnie – będzie żył.

Opracowaliśmy nowatorski system oświetlania miejsca pracy:

I zabraliśmy się za składanie silnika z powrotem do kupy. Żadna śrubka nie została – jest git :-) Teraz czekam na zamówione sprzęgło i będziem odpalać bestię.

Weekend

Nareszcie zajebista pogoda w weekend a nie w tygodniu :-) W piątek pokręciłem się po bliższej okolicy – Afryce pykło na zegarze 65666,6km przebiegu. Jeszcze 1000km i będzie pełen szatan :-) W sobotę pokręciliśmy się chwilę po pasie startowym. Chłopaki poprzycierali kolana w zakręcie, ale ich emocje ostygły po obejrzeniu gleby jednego z jeźdźców, więc bujnęliśmy się większą brygadą do Trzebieży.






Pierwsze przeloty

No i mamy za sobą pierwsze dni w miarę komfortowego śmigania. Przyczepność jeszcze kiepska, ale pamiętając o tym podczas jazdy, idzie z tym żyć. Zimno już nie dokucza, więc niedługo prawdopodobnie będzie można zapomnieć o puszce (samochodzie) i codziennie dojeżdżać do miasta motocyklem. Ostatnio jadąc za jednym z naszych miejskich Solarisów, poczułem atmosferę jak w środku lata. Żar silnika i zapach spalin robią swoje. Nareszcie podczas jazdy czuję wszystkie otaczające mnie bodźce – zapach czekolady z Szczecińskiej Gryfii, zapach mgły w środku nocy, czy wiatr prosto w pysk przy jeździe na stojąco z otwartą szybą kasku. To jest zdecydowanie najlepsze, co może być. Pierwsze jazdy po zimowej przerwie można porównać do różnych innych przyjemnych odczuć – mówi się, że jazda motocyklem to najlepsza rzecz, jaką można robić w ubraniu :-) Puszka zdecydowanie ogranicza odczucia wynikające z jazdy. Ale póki co, sezon grzewczy się nie skończył – grzane manetki pracują pełną parą. Silnik pracuje elegancko, więc wygląda na to, że wszystkie przeprowadzone przeze mnie czynności serwisowe, zostały przeprowadzone poprawnie :-) Kilka dni temu założyłem też fabryczny, cichy wydech. W trasie w uszach szumi już tylko wiatr, a i w mieście ledwo słychać dźwięki serducha Hondziny. Afra przeszła przegląd techniczny, więc mam kieszeń szczuplejszą o 62zł i kolejny rok z głowy. Póki co, wygląda na to, że będę musiał przeprosić się z puchą i śmigać nią do miasta jeszcze przez przyszły tydzień – temperatury rano mają być poniżej zera. W takich warunkach jeździ się bardzo ciężko – praktykowałem to w zeszłym sezonie. Jeździłem całą zimę. Zdarzało mi się jeździć po śniegu, lodzie, błocie pośniegowym – ale wtedy nie miałem jeszcze prawka na samochód, więc motocykl był jedynym możliwym środkiem transportu. Komunikacji miejskiej unikam jak ognia. Ale już niedługo codzienne przeloty motocyklem, a za nieco dłuższy czas – dużo dalsze wyprawy. Aż chce się żyć :-)

Otwarcie sezonu

Zaczęło się zupełnie niewinnie. Postanowiliśmy spotkać się na Wałach (jak na prawdziwych motocyklistów przystało :-) ) i ewentualnie pokręcić się po mieście. Nikt nie spodziewał się, że tej nocy skończymy w lesie nad morzem – pod Międzyzdrojami. Ale zacznijmy od początku. Umówiłem się z Peterem, że od razu po szkole gonimy obydwaj do mnie i wyciągamy Afrykę z czeluści przydomowej piwnicy po ‘zimowym’ przestoju. Byłem pierwszy, więc poskładałem ostatnie części, dokręciłem wszystkie śruby, a chwilę później pojawił się Peter. Po kilku kombinacjach udało się uwolnić orkę. Zaraz później – pierwsza gleba w sezonie. Kosa wgryzła się w mokrą glebę i Afryka się położyła. Obyło się na szczęście zupełnie bez strat. Afrykę podniosłem bez problemu sam (!) :-) . Pompa paliwa zjebała się kilka dni wcześniej, pojechała do naprawy, a z powrotem będzie dopiero w przyszłym tygodniu. Ale bez pompy da się żyć. Spiąłem więc węże na krótko, żeby móc spróbować choć trochę nadrobić ‘zimę’, póki pogoda rozpieszcza. Kanapy też co prawda nie mam, ale jak się później okazało – dwie poduszki w zupełności dały radę. Chwilę później dojechał Smelka. Pojeździliśmy chwilę na pasie, Smelkę kusiło żeby wypróbować nowe slidery na kolanach, ale na szczęście rozsądek wziął górę. Szybka synchronizacja z Soplem i za pół godziny widzimy się wszyscy we czterech na wałach. Gonimy na parking Galaxy (jakby to było coś ciekawego). Ale to za mało. Lecimy do Moto-akcesoriów do Dąbia. Smelka oddaje buty do reklamacji, pijemy darmową kawę i kombinujemy co by tu ze sobą zrobić. Ciągle mało. Ktoś rzucił hasło – nad morze. Spojrzeliśmy po sobie- jedziemy! Zahaczamy o mój dom, ostatnie dozbrajanie (Smelka upycha sobie gazety w kombinezon, ja biorę aparat, mama nas odprawia) i przed 22 startujemy z azymutem na wybrzeże. Po drodze tankowanie (moje do pełna, bo przy jeździe bez pompy, poziom paliwa musi być cały czas bliski maximum) i ogień z dupy na Międzyzdroje. Sesja pod molo (molem?), szybki spacer na plażę i pomysł, żeby rozpalić gdzieś za miastem ognisko. Wyjeżdżamy więc za zabudowania w poszukiwaniu jakiegoś miejsca gdzie można by zażyć odrobiny ciepła. Udaje nam się znaleźć przyzwoity parking przy drodze, po jakimś czasie udaje nam się też wzniecić ogień i siedzimy tak do 2:00. W drodze powrotnej zjeżdżamy na Orlen, gdzie miła (i jak zgodnie stwierdziliśmy – zupełnie niebrzydka :-) ) pani raczy nas gorącą kawą. Przed 4:00 żegnamy się z bananami na pyskach w okolicach Szczecina i każdy jedzie w swoją stronę. To było zdecydowanie zajebiste rozpoczęcie sezonu.








Końcówka.

Nie poddałem się, walczę dalej. A teraz nawet i w błysku fleszy :-) Zostałem nagrodzony w konkursie pisma „Motocykl”. Zdjęcie z artykułem zamieszczam poniżej. Zostało mi jeszcze tylko tapicerowanie kanapy i wymiana oleju i filtra. Obkupiłem się dzisiaj w materiały (gąbki, butapren) i będę próbował wymodelować kanapę sam. Fabryczna uznawana jest za jedną z niewielu wad tego motocykla. Pod dupskiem kierowcy jest za wąska i po przejechaniu dłuższej trasy po prostu się w nie wżyna, a z kolei miejsce dla pasażera jest pochyłe. Powoduje to, że przy hamowaniu pasażer zjeżdża do przodu. Moja miejscówka jest już od dawna zrobiona, bo bez wycięcia gąbki ciężko by mi się jeździło (jestem niewyrośnięty, a Afra to przecież wielkie bydle) a teraz, przed obiciem kanapy nową skórą, postanowiłem zadbać też o tyłek kompanki. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Walczę z czasem, bo pogoda sprawia, że chce się żyć :-)

Gazeta

Lakierowanie – finisz :-)

I po lakierowaniu. Efekt wyszedł piorunujący. Takiej lalki jeszcze świat nie widział – fabryka się chowa. Nowe malowanie to własna interpretacja malowania fabrycznego. Układ kolorów na elementach jest prawie taki sam, za to same kolory zgadzają się z fabrycznymi tylko i wyłącznie w interpretacji typowo męskiej – ciemny niebieski, jasny niebieski, czerwony. Jeśliby się w to zagłębić – każdy z kolorów ma w sobie coś specjalnego. Każdy jest żywszy od fabrycznego i ma dodatkowy efekt – delikatną perłę lub metallic. Generalnie nie przepadam za poprawianiem fabryki, ale uważam, że w tym przypadku bezapelacyjnie fabryka została zawstydzona :-) Poniżej mała fotorelacja:

Making of – niebieski

Making of – czerwony

Making of – czerwony

Odklejanie papieru, czas na naklejki

I z naklejkami :-)

Tył

Voila! :-)

Lakierowanie

Cały zeszły tydzień minął pod znakiem szykowania Afry pod nowy lakier. Okazuje się, że jest to zajebiście ciężka praca. Lakiernicy nie kroją kasy za byle co. Nałożenie powłoki lakierniczej jest niczym (choć i do tego trzeba mieć duże umiejętności) w porównaniu z samym przygotowaniem do tej czynności. Prawie wszystko jeśli chodzi o przygotowanie mam już za sobą – teraz wszystko w rękach Bodka. Musieliśmy zedrzeć z baku wszystkie wcześniejsze lakiery (a było ich już kilka, chyba 4), pouzupełniać ubytki i ładnie powyprowadzać wszystkie powierzchnie. Plastiki pospawane, zmatowane, ubytki zaszpachlowane. Wszystkie plastiki są już pokryte podkładem, białą perłą i klarem. Od poniedziałku lecimy z wzorami w kolejnych kolorach i wykończeniem i rozpoczęciem lakierowania baku. Muszę przyznać, że o ile przygotowywanie było zajebiście żmudne i momentami wydawało się bezcelowe, o tyle w tej chwili widać efekty i wiem, że cała ta praca nie poszła na marne. A będzie już tylko lepiej. Ale do zakończenia tematu jeszcze daleko – nawet jak już zupełnie zakończymy lakierowanie, gotowe plastiki będą musiały odleżeć trochę czasu w ciepłym pomieszczeniu.

Wykańczanie plastików

Zdzieranie lakieru z baku

Odparowywanie resztek paliwa z baku

Podkład

I kolor bazowy – biała perła :-)